Kiedy prawie całe życie wydaje się przegrane…

DrugiePodejscie.pl | Portal dający nadzieję

Kiedy prawie całe życie wydaje się przegrane…

10 sierpnia 2021 Zdrowie 0


Kilkadziesiąt lat temu przyszła na świat dziewczynka.
 
Wszyscy powtarzali, że była ładna, trochę pucata.
 
Miała duże stópki i długie palce u rąk, co według położnej zwiastowało karierę pianistki.
 
Ciemne włoski, duże oczka i donośny płacz na powitanie.
 
Mama dziecka miała jeszcze jeden powód do świętowania.
 
Urodziła dziewczynkę w dniu swoich własnych urodzin.
 
Nietypowa sytuacja!
 
 
 
Dosyć szybko pojawił się pierwszy niepokój.
 
Po dwóch tygodniach dziecko zachorowało na zapalenie ucha.
 
Lekarz przepisał penicylinę w zastrzykach, dwa razy dziennie.
 
Czasami twarz dzieciątka stawała się sina – może z bólu, może z nieustannego płaczu.
 
Po jakimś czasie mamie powiedziano, że lepiej ochrzcić dziewczynkę jak najszybciej, bo może nie dożyć następnego dnia.
 
I tak zrobiono.
 
Na chrzcinach obecni byli tylko rodzice, chrzestni i dziadkowie.
 
To była spontaniczna uroczystość.
 
O dziwo, mała przeżyła i po jakimś czasie wyleczono zapalenie.
 
Pojawił się jedynie nieznaczny szmer na sercu.
 
 
 
Dziewczynka rosła, bawiła się i czasem psociła.
 
Nie była rozpieszczana i nie miała zbyt dużo zabawek.
 
Najbardziej kochała misie.
 
Nadszedł czas przedszkola i podstawówki.
 
Pierwsze przyjaźnie, składanie literek i nauka czytania.
 
Wszystko szło jej dobrze, uczyła się wzorowo.
 
 
 
Jednak po jakimś czasie coś zaczęło się psuć.
 
Anginy, alergie, a potem regularne zapalenia oskrzeli i płuc nie napawały optymizmem.
 
Nocami kaszel stawał się tak silny i uporczywy, jakby dziecko miało się udusić.
 
Lekarz rozkładał ręce, a antybiotyki stawały się rutyną.
 
Łóżko i ciepła kołdra stopniowo zastępowały szkolną ławkę.
 
 
 
Rozpoznanie astmy było tylko kwestią czasu.
 
Zaczęło się leczenie i sporadyczne problemy z oddychaniem.
 
Zero bólu, jedynie dwa objawy.
 
Z jednej strony uczucie, że tlen nie dochodzi do płuc, a z drugiej lęk, że pogotowie nie zdąży na czas.
 
I tak przez kilka lat.
 
Już wtedy myślała, że to, co się działo było karą albo przekleństwem.
 
W końcu zapalenia i ataki astmy ustały.
 
Nastąpiła cisza.
 
Cisza przed następną burzą.
 
 
 
W podstawówce okazało się, że kilkoro dzieci z klasy ma wady postawy.
 
Dziewczynka, o której mowa, również.
 
Normą stały się regularne ćwiczenia korekcyjne, prześwietlenia kręgosłupa i wizyty u ortopedy.
 
Wszystko wydawało się być pod kontrolą.
 
Nieoczekiwanie kolejne zdjęcie rentgenowskie pokazało skalę choroby, a słowa lekarza brzmiały jak wyrok: skolioza regularnie postępuje.
 
Konieczny jest gorset ortopedyczny, a jeśli nie pomoże, operacja.
 
Dziewczyna przyjęła diagnozę bez słów.
 
Dopiero w domu spokój zamienił się w rzewny płacz i żal…
 
Leczenie było jednak koniecznością.
 
Czymś więcej niż wstyd, żeby rozebrać się przed obcymi ludźmi, którzy nakładali na połowę ciała gips do pobrania miary.
 
Noszenie gorsetu było drogą krzyżową.
 
Bolesne odciski na plecach i biodrach, zimny pot, gorzkie łzy.
 
Na domiar złego wytykanie, plotkowanie i śmiech bezlitosnych dzieci.
 
Wtedy wiedziała już, co Jezus musiał czuć, kiedy sam niósł swój krzyż…
 
 
 
Po paru latach bez konsultacji z lekarzem przestała nosić gorsety (było ich łącznie dwa).
 
Schowała je pod łóżko i już nigdy nie założyła.
 
Do dziś ich nie wyrzuciła, bo mimo wszystko coś im zawdzięcza – uchroniły ją przed operacją.
 
 
 
Wydawało się, że już nic złego nie może się stać. A jednak…
 
W liceum dały o sobie znać depresja, przewlekłe lęki i migreny z zaburzeniami widzenia i drętwieniem rąk.
 
Wizyty u neurologa stały się więc rutyną.
 
Dziewczyna często zadawala sobie pytanie: dlaczego to wszystko spadło właśnie na nią, dlaczego jej życie jest przegrane?
 
Co ją jeszcze czeka, co jeszcze się popsuje?
 
Jak dotąd takie życie przypominało fatum albo karę za nie wiadomo co.
 
Pociechy nie dodawały nawet słowa spotkanej na przystanku dawnej wychowawczyni, która spytała ze śmiechem:
 
– Czy są jeszcze jakieś choroby, które mogą Cię ominąć?
 
 
 
Po liceum udało jej się dostać na studia i je skończyć.
 
Miała wrażenie, że wszystko się ułożyło i już nic złego się nie stanie.
 
Wtedy jeszcze nie wiedziała, że była w błędzie.
 
 
 
Pewnego dnia zaobserwowała u siebie niepokojące objawy: wrażliwość na światło, przeszywający ból oka i postępującą utratę widzenia na nie.
 
Coś takiego nigdy nie miało miejsca.
 
Konieczne okazało się natychmiastowe skierowanie do kliniki, leczenie kroplówkami i szereg badań.
 
Każdego dnia płacz i niepewność, co się stanie, czy objawy ustąpią, czy nie.
 
Po jakimś czasie wzrok powrócił, ale dopiero rezonans magnetyczny głowy wykazał sedno problemu – zmiany w przebiegu stwardnienia rozsianego.
 
 
 
Diagnozę przyjęła bez zaskoczenia, bo w rodzinie był już taki sam przypadek.
 
Sama choroba nie była odczuwalna.
 
Dopiero leczenie zaczęło dawać się jej we znaki.
 
Cotygodniowe zastrzyki nie były przyjemne, ale najgorsze okazały się ich skutki.
 
Jeden zastrzyk wyzwalał zwykle całą lawinę działań niepożądanych – drgawki, mocne dreszcze i łamanie w kościach.
 
Później gorączka, silne zawroty i ciało mokre od potu.
 
Następnego dnia zmęczenie, depresja ze zdwojoną siłą, myśli o śmierci i o tym, że nie można uciec przed swoim przeznaczeniem.
 
Łatwiej było jej wtedy zrozumieć tych, którzy sami odebrali sobie życie, bo nie widzieli już innego rozwiązania swoich problemów.
 
Choroba przebiegała prawie bezobjawowo – żadnych problemów z chodzeniem i ruszaniem rękami.
 
Największą zmorą była depresja, lęki i problemy z układem pokarmowym.
 
 
 
Po kilku latach rezonans wykazał nowe zmiany w mózgu (razem już ponad dwadzieścia plag).
 
Był to znak, że leczenie zastrzykami nie przynosiło większych rezultatów, więc zamiast nich wprowadzono inny lek w tabletkach.
 
Wreszcie obeszło się bez kłucia, zrostów i koszmarnych objawów po iniekcji!
 
Tak jest do dnia dzisiejszego.
 
 
 
Wszystkie te choroby kobieta cały czas nosi w swoim ciele.
 
Tak już zostanie, bo nie da się ich wymazać.
 
A jednak coś się zmieniło.
 
Zmieniło się jej podejście do życia.
 
 
 
To drugie podejście polega na tym, że to, co ją spotyka (ostatnio nawet jaskra), stara się przyjmować z pokorą.
 
Bez użalania się nad nieszczęściami i bez przekonania, że jest na straconej pozycji.
 
Bo wierzy, że żyje się nie tyle dla własnego szczęścia, ile dla tych, którzy zawsze są obok i kochają.
 
Bo wie, że każdy ma do czegoś talent.
 
I jest wart tyle, ile daje innym.
 
 
 
Można pomyśleć, że ta historia to scenariusz filmu obyczajowego, albo opis książki.
 
A jednak jest prawdziwa.
 
Wiem, że jest tak jest, bo znam bardzo dobrze osobę, o której mowa.
 
Tą osobą jestem ja.
 
 
 
A jaka jest Twoja historia?
 
Czy też czujesz czasami, że jesteś w sytuacji bez wyjścia?
 
Myślisz, że złe rzeczy, które przytrafiają się komuś to kara, próba, a może zrządzenie losu?
 
 
 

Autor: Monika Gruszka

Filolog, początkujący copywriter. W życiu wiele rzeczy najlepiej wychodziło jej za drugim razem – studia, prawo jazdy, kurs przewodnicki, itd. Kiedyś pochłaniało ją oprowadzanie po Auschwitz i Birkenau, dziś przyswaja sztukę kreatywnego pisania.
 
 
 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Copy link
Powered by Social Snap